Skocz do zawartości

Strona używa cookies (ciasteczek). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    Nie pokazuj więcej tej informacji

Zdjęcie

Włochy, sierpień 2016


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
22 odpowiedzi w tym temacie

#16 jarekdwa

jarekdwa

    Nowy

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 37 postów

Napisano 31 sierpień 2016 - 22:28

O braku starożytnego pochodzenia tej wielkiej leżącej głowy to się troszkę domyślaliśmy. 

Zjeżdżamy z autostrady i wjeżdżamy do Orvieto. Przejeżdżamy szereg rozjazdów, rond,  kółeczek, kręcimy się jak na karuzeli, Włosi to jednak lubują się w komplikowaniu życia. Jest niedziela i spory ruch turystyczny, samochody osobowe, autokary, kampery. Bezpośrednio kierujemy się na parking dla kamperów w pobliżu kolejki liniowej. Parking okazuje się czymś znacznie bardziej komfortowym, niż się spodziewaliśmy. Pan od razu pyta czy życzymy sobie stanowisko z prądem, koszt dodatkowe 2 euro, życzymy sobie. Wskazuje stanowisko, podpinamy się do słupka. Idę po karteczkę. przy wyjeździe z ciekawości pytam o możliwość pozostania na noc, oczywiście jest, o ile dobrze zrozumiałem koszt 19 euro z prysznicami.  Parking jest rozległy, ze stanowiskami dla kamperów, stoją również samochody osobowe z przyczepami. Pomiędzy stanowiskami schludny trawniczek, nieliczne drzewka, bez problemu można sobie wyciągnąć krzesła, stolik, usiąść pod drzewem. Nie przyjechaliśmy tu jednak siedzieć pod drzewem. Kupujemy po drodze bilety w górę i w dół i ruszamy w górę. Wchodzimy w górę (Orvieto jak wiadomo położone jest na górze), windą wjeżdżamy na peron. Przed peronem kasuję  bilety. Dopytuję stojących ludzi, okazuje się jednak,że jesteśmy na zwykłej stacji kolejowej, a stacja kolejki jest po drugiej stronie ulicy. Wychodzimy ze stacji kolejowej, przechodzimy przez ulice i jesteśmy na stacji kolejki linowej. Tutaj pokornie pytam obsługującego pana, czy mam kupować nowe bilety, bo poprzednie skasowałem na stacji kolejowej, pan zrozumiał, nie musimy. Przechodzimy przez bramki i wsiadamy do kolejki. Ruszamy w górę, po drodze jest mijanka z wagonikiem jadącym w dół, wszystkim się bardzo podoba. Po chwili jesteśmy na górze. Wychodzimy z wagonika, kierujemy się za innymi ludźmi, bo nie mamy mapy. Tak jak wszyscy pakujemy się do autobusu, nikt nie kupuje żadnych biletów, my też nie.  W autobusie potworny ścisk, jedziemy chwilę do góry, autobus się zatrzymuje, wysiadamy. Jesteśmy na placu przed katedrą.

Każdy  w relacji pisze o tej katedrze, że jest bliźniacza do katedry w Sienie. Bo to prawda. Dla mnie obie fasady są identyczne, nie rozróżniłbym która jest która. W środku katedra Orvieto oczywiście nie posiada takich posadzek, czy biblioteki. Ale jest coś, co sprawia że stoimy wewnątrz i nie możemy przestać patrzeć. Tym czymś są freski Signorelliego przedstawiające Apokalipsę. Jestem raczej nieczuły na sztukę, freski w Kaplicy Sykstyńskiej, które podobały się nawet dzieciom, mi wydawały się nieczytelne, pełne chaosu. Tutaj jest inaczej. Na ścianach są sugestywne obrazy, najdłużej oglądam scenę, w której szatan upodabnia się do Jezusa, przemawia do ludzi., w tle mordy, anarchia, uzbrojone postacie biegają po schodach, widać leżącego umierającego mężczyznę, obok grupka ludzi kłócąca się o spadek - cóż samo życie. Z lewej dwie czarne postacie Signorelli i jego poprzednik z dystansem przyglądają się całej akcji. Naprawdę, warto przyjrzeć się uważniej  tym malowidłom. Na końcu urządzamy dzieciom konkurs na odnalezienie postaci  Jezusa, który gestem wydaje wyrok na grzeszników, a którą to postać powtórzył (po prostu ściągnął) Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej (tacy mądrzy to jesteśmy z przewodnika). 

Po wyjściu z katedry idziemy uliczkami Orvieto, bez określonego celu, oglądamy sklepy, stojące zbroje rycerskie na wystawach, wszechobecną porcelanę. Siadamy na stoliku w ulicznym barze , czy pizzerii, ceny okazują się dość normalne, porównywalne z tymi na kempingach. Miejsce jest bardzo ładne, filmowe, siedzący przy stolikach ludzie robią sobie zdjęcia. To i my się nie szczypiemy, też robimy sobie zdjęcia, gdzie to nie jadaliśmy we Włoszech. Później troszkę spacerujemy, te wszystkie włoskie uliczki są niewątpliwie urokliwe, ale dość podobne do siebie, dzieciom zaczyna się trochę nudzić. Decydujemy się na powrót. Wracamy pieszo, podziwiając panoramę na okolicę, z jednej strony widoczna w dole autostrada. Córka chce skorzystać z toalety, stoi taka budka dla wszystkich, pieniądze inkasuje starszy pan w kiosku. Pan mówi, żeby chwilę poczekała, bo w środku jest ktoś. Po chwili wychodzi mężczyzna. Córka chce wejść, ale starszy pan  nakazuje jej, by chwilę się wstrzymała. Wychodzi z kiosku, wchodzi do toalety, sprawdza czy dziecko może wejść, wychodzi, pozwala jej wejść. Ta sytuacja wzbudza moją wielką sympatię do tego pana. 

Pieszo wracamy do stacji kolejki liniowej, zjeżdżamy w dół i wracamy do samochodu. Wyjeżdżamy z parkingu, jest po 15:00 i puściutko na ulicach, nie ma turystów. Przypomina się mi żartobliwa dyskusja w internecie na temat rond w Orvieto, czy da się je przejechać poprawnie. Moja odpowiedź brzmi: może się da, ale ja nie sprostałem. Kręcę się w tą, kręcę się w tamtą, Włoch z samochodu macha ręką, pokazuje właściwy kierunek jazdy, bo jadę pod prąd. Na szczęście jest pusto, wracam na właściwy tor jazdy.

A tak na marginesie, może ktoś nie wie, a się przyda: osoby niepełnosprawne wchodzą do muzeum watykańskiego omijając wszystkie kolejki, poruszają się trochę inną trasą, jest winda na schodach. O ile mi się nic nie pomyliło (a mogło) dziecko niepełnosprawne i opiekun wchodzą za darmo. Tak było w ubiegłym roku, a papież się nie zmienił.

My tymczasem ruszamy w drogę.  



#17 jarekdwa

jarekdwa

    Nowy

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 37 postów

Napisano 01 wrzesień 2016 - 23:12

Na zjeździe ze znakiem Pienza zjeżdżamy z autostrady. Stajemy w kolejce do jedynej czynnej bramki, zrobił się mały zator, bo jakiś Włoch walczy z automatem, coś tam wkłada, wciska chyba wszystkie guziczki jakie są, jest bezradny. W końcu nadchodzi ratunek, z takiego domku obok wychodzi dziewczyna (coś w rodzaju awaryjnego drużnika ?) i otwiera mu bramkę. Zator rusza i wjeżdżamy do doliny Val d'Orcia.

Jeszcze w ubiegłym roku planowałem przejechać się z przyczepką na haku drogą widokową prowadzącą obok Pienzy. Ostatecznie autostradą pomknęliśmy prosto do Rzymu. Dzisiaj przekonuję się, że to była dobra decyzja, nie wpakowałem się tutaj  z przyczepą kempingową. Jest dość wąsko, bardzo kręto, są duże podjazdy. Na drodze mijamy znak o podjeździe 14 %. Na początku jesteśmy lekko zawiedzeni widokami, ale tylko chwilę. Zaczynają się widoki naprawdę jak z pocztówki o Toskanii: zaorane pola uprawne, rzędy cyprysów wzdłuż dróg dojazdowych, siedliska porozrzucane na wzgórzach. Podoba się nam, bardzo podoba. Siedzące za nami dzieci też zadowolone, telefony w rękach chyba się już grzeją od gier. Tylko na chwilę spojrzą przez okno, wydają z siebie okrzyk który ma wyrażać zachwyt, po czym spokojnie wracają do swoich czynności. Cóż wirtualna rzeczywistość wygrywa z tą prawdziwą. Odpuszczamy, podziwiamy widoki. Mimo że jest niedziela wcale nie ma wielkiego ruchu. Jadę sobie nieśpiesznie, co jakiś czas zjeżdżam na pobocze, puszczam sznurek samochodów osobowych, który się za mną tworzy.  Czuję się jakbym regulował ruch. Z przeciwka mozolnie wspina się kamper z włoską rejestracją, w środku kierowca tak samo utrudzony jak jego pojazd. Wesoło pozdrawiam  go ręką. Odpowiada ! Przecinamy szosę prowadzącą do Sieny. Przejeżdżamy przez jakąś miejscowość, w której zakręt muszę wziąć „na dwa”. Na drodze robi się zupełnie pusto, wspinamy się, a później zjeżdżamy. Większość drogi pokonuję w zasadzie tylko na dwójce. Mijamy parking  ze znakiem dla kamperów na jakiejś polance, łączce, jedziemy kilkadziesiąt metrów dalej i stajemy na parkingu obok kilku samochodów osobowych. 

Jesteśmy w  Abbazia di Sant’Antimo. Jest to również nasza zeszłoroczna zaległość.   

Postrzeganie miejsca, a na pewno jego „klimatu” jest bardzo indywidualne, zależne od wielu czynników. Może to skutek pory dnia, kiedy tu trafiamy, rodzaju oświetlenia zachodzącym słońcem, może spokoju - jest kilka samochodów i to w przeważającej części nie turyści, ale raczej garstka okolicznych mieszkańców (jest niedziela), ale dla nas to miejsce to prawdziwa perełka, jedno z najpiękniejszych miejsc jakie w tym kraju odwiedziliśmy.

Kamienny klasztor ma prosta bryłę, otacza go sceneria jak z tandetnego obrazu: równe rzędy drzew oliwnych, regularne plantacje winnic, w oddali na wzgórzu miasteczko. Jest godzina 18:30, bramy do środka pilnuje kobieta. My się wślizgujemy. W środku w ławkach siedzi kilka osób. Dwóch mnichów benedyktyńskich stoi naprzeciwko siebie przed ołtarzem i naprzemiennie śpiewa po łacinie, bez mikrofonu odprawiają jakąś modlitwę. W tym opactwie jest chyba szkoła chorałów benedyktyńskich, gdzieś to wyczytałem. Chciałem trafić na oryginalne wykonanie, nawet ze stron włoskich spisywałem godziny mszy. W klasztorze jest rzeczywiście doskonałą akustyka.  Zrobienie zdjęcia telefonem w tych warunkach jest jak wystrzał z karabinu, żona więcej nie próbuje. Po zakończeniu nabożeństwa spokojnie oglądamy budowlę od środka, podziwiamy prostotę budynku i skromność, nawet świeczki w ofierze wyceniają po 0,5 euro, a nie jak w innych kościołach włoskich po 1 euro. Wychodzimy z klasztoru. Jesteśmy naprawdę oczarowani miejscem. Niestety, nie możemy dłużej tu zostać. Przed nami jeszcze trochę drogi. Na parkingu na wszelki wypadek telefonuję i pytam do której godziny czynna jest recepcja, powinniśmy zdążyć. W drodze powrotnej niedaleko klasztoru mijamy kilka samochodów, ludzie jadą na wieczorną mszę. Droga dłuży się, dalej jedziemy inną trasą, jest dużo radarów, nie ma gdzie przyśpieszyć. Wjeżdżamy na bezpłatną dwupasmówkę do Florencji, tutaj z kolei remonty. Pod recepcję kempingu wpadamy niewiele przed 22:00, jest już ciemno. W recepcji nikogo nie ma, pani gdzieś sobie poszła. Czekamy. Po chwili pani wraca, twierdzi, że mają komplet, nie ma szans na podpięcie się do elektryczności, ale mogę sobie szukać miejsca, bylebym nie zajął miejsce oznaczonego jako „rezerwacja”. Ta młoda pani mnie irytuje, kojarzę ją z ubiegłego roku, pamiętam, że jest bałaganiarą i ciężko u niej uzyskać jakąś konkretną informację, nie lubię z nią rozmawiać. Mówię do pani, że może nie będzie tak źle i że byliśmy tu w ubiegłym roku. Szybkie formalności  i jedziemy w górę. Na górze jest placyk manewrowy. Od razu dostrzegamy wolną parcelę zaraz naprzeciwko wjazdu, przy niej stoi słupek, ma dwa gniazda wolne. Podpinamy się. Po cichu przygotowujemy małą kolację. Jesteśmy na kempingu Internazionale Firenze w Bottai, pod Florencją.     



#18 jarekdwa

jarekdwa

    Nowy

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 37 postów

Napisano 02 wrzesień 2016 - 19:07

Kemping Internazionale Firenze należy do kategorii "podróżniczy" ale z wyraźnymi elementami "village". W zlewach jest tu ciepła woda, w "podróżniczych" po ciepłą wodę do mycia naczyń trzeba latać do łazienek. Poza tym na szczycie kempingu jest spory zadrzewiony obszar do kempingowania, jest tutaj spora rotacja, poniżej na uboczu stoją do wynajęcia domki (stałe przyczepki, budy ?), poniżej bar z restauracją i marketem, a jeszcze poniżej dwa baseny. Towarzystwo międzynarodowe. W ubiegłym roku kemping stanowił naszą bazę na kilka dni. Nazywamy go "gruszkowy" bo staliśmy koło drzewa gruszy. W tym roku mamy też fajne miejsce, przy placyku wjazdowym naprzeciwko wjazdu, tuż koło słupa elektroenergetycznego chyba NN, mamy własną lampę oświetleniową na tym słupie. Niedaleko stoi jeszcze drugi słup, chyba SN (taki z kilkoma odnóżami i poprzecznymi żeberkami) na którym właśnie suszą się ubrania i ręczniki.  Ze zdziwieniem obserwuję, iż pomiędzy nogami słupa można rozbić się namiotem, w życiu bym na to nie wpadł. W porównaniu do ubiegłego roku od razu na kempingu widzimy różnicę w postaci rozwieszonych gęsto na drzewach kartek A4 z napisem "Reserved", w ciągu dnia taka kartka niepostrzeżenie pojawia się i przy naszej parceli. 

Kemping Internazionale Firenze jest również rodzajem portu przeładunkowego dla masowego turysty z Holandii. Wieczorem obserwujemy parkujące na placyku manewrowym wielkie autokary z rejestracją z tego kraju i wypisaną nazwą jednego biura podróży, z autokarów wychodzą utrudzeni ludzie, mozolnie ciągną ze sobą w kierunku domków (stałych przyczepek, bud ?) po kamienno – piaszczystym podłożu walizki na kółkach. Rano autokary uruchamiają swoje silniki, a ludzie mozolnie ciągną swoje walizki w przeciwnym kierunku – do pojazdów. Chyba trochę im współczujemy. Pamiętam takie autokary z sezonu 2015.

Jest 15 sierpnia, poniedziałek. A ja byłem cały czas przekonany że wtorek. Gdy żona wyprowadza mnie z błędu autentycznie się cieszę, jeden dodatkowy dzień na wyjeździe zawsze się przyda. Wstajemy niespiesznie, śniadanie, jedziemy do kościoła. Trafiamy na końcówkę mszy, Włoszka tłumaczy gdzie drugi kościół, już o czasie dojeżdżamy do takiego starego kościoła (klasztoru?) z cmentarzem, położonego na wzgórzu przy wąskiej asfaltowej uliczce.

Po mszy wychodzimy z kościoła, wsiadamy do pojazdu. Jadę na kemping zgodnie z nawigacją, beztrosko mijam znak ostrzegawczy o zwężeniu do 1,85 m. Za chwilę się zaczyna: murki z obu stron, ostre zakręty, słyszę jak gałęzie z drzew piszczą po dachu pojazdu. Jednak docieramy do szerszej ulicy, z większym ruchem. Nawigacja próbuje nas cofnąć w uliczki, nie daję się, nie wrócę w te uliczki choćbym miał jechać na kemping przez Rzym. Jadę przed siebie. Nawigacja odnajduje inną trasę i przez leciutkie korki wracamy na kemping.

Idziemy na baseny. Są tu trzy, cztery osoby. Na basenach jest nakaz kąpieli w czepkach, nikt tego nie pilnuje i mało kto to przestrzega. Nie będę pisał, czy my się stosujemy do takiego nakazu. Kąpiemy się w płytszym basenie, praktycznie mamy go dla siebie. Woda błękitna, ale chłodnawa, młodsza córka nie marudzi, wie że tutaj nie będzie innej.

Po basenach idziemy coś zjeść, pulpety z Polski skończyły się już dawno, tęsknimy za nimi.

W barze siesta. Czynny jest tylko połączony z barem market, sprzedaje w nim dziewczyna o imieniu Dori, ona zresztą obsługuje i bar. Dori jest wesoła, żywiołowa, mówi w zasadzie tylko po włosku, ale jest inteligentna, umie nawiązać kontakt, dużo rozumie. Od razu żartuje z dziewczynkami, pomimo siesty proponuje nam byśmy usiedli za stolikiem, przynosi pół blachy lazani. Zamawiamy dwie małe fanty dla dzieci, Dori przynosi jedną wielką, tłumaczy że więcej picia w tej samej cenie. Jak będziecie na tym kempingu pozdrówcie od nas Dori !

Resztę dnia spędzamy na pilnowaniu samochodu z leżaków, obserwowaniu jak na placyku manewrowym rodzina z Francji gra w bule.  Znudzony chłopak w melexie  sprawdza na placyku potwierdzenie zameldowania każdego z wjeżdżających samochodów; z werwą rusza melexem w pościg za samochodami, które nie zatrzymały się do kontroli.

Rano po opłaceniu kempingu (103 euro) ruszamy w drogę.
   



#19 jarekdwa

jarekdwa

    Nowy

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 37 postów

Napisano 03 wrzesień 2016 - 09:08

Może po godzinie dojeżdżamy do San Gimignano. Dotychczas omijaliśmy to miasteczko, ze względu na jego medialną atrakcyjność obwialiśmy się tłumów jak na placu św. Marka w Wenecji. Trzeba jednak w końcu odwiedzić ten Manhattan, szybko do Włoch nie wrócimy Rzeczywistość nie okazała się taka straszna.

Najpierw musimy zaparkować. Dojeżdżamy do murów miasta, po drodze mijamy parkingi, chcemy się jednak dopchać jak najbliżej bramy. W końcu zatrzymujemy się przed szlabanem, jest już chyba wystarczająco blisko. Parking jest ze znakiem „no kamper”, ale nie ma poprzecznych belek, więc bezczelnie próbuję wjechać. Wjazd jest wąski, żona wychodzi i kieruje. Blokuję na dwie trzy minuty ruch na ulicy, nikt nie trąbi, nie pośpiesza. Ponawiam kolejne próby, w końcu dochodzę do wniosku że na tym parkingu nie zaparkuję, żona wraca do samochodu, jedziemy w dół. Zaraz znajdujemy kolejny parking z zakazem dla kamperów, też bez poprzeczek  i z wygodniejszym wjazdem. Przycisk, bilet, bramka, jesteśmy na parkingu. Późnej na tym parkingu widzę dwie stojące alkowy z włoskimi tablicami rejestracyjnymi.

Krótki spacer w górę, przekraczamy bramę. Kamieniczki wyglądają jednak trochę inaczej niż w odwiedzonych dotychczas miejscach, po prostu wyglądają na starsze, takie średniowieczne. Miasto ma rzeczywiście fajne wieże. Po jednodniowym odpoczynku na kempingu mamy dużo energii, wspinam się więc ze starszym dzieckiem na Torre Grossa. Na schodach zauważam, że córka ma na sobie klapki. Staram się nie patrzeć w dół, na dziecku widok ze schodów w dół nie robi żadnego wrażenia, na mnie wręcz przeciwnie. Jeszcze tylko drabinka na finiszu i jesteśmy na szczycie wieży. Widok z wieży na miasteczko i okolicę nie ma co opisywać – to  warto zobaczyć.

Zejście z wieży okazuje się trudniejsze technicznie niż wejście, w szczególności w klapkach. Jeszcze tylko żona wybiera sobie torebkę w sklepiku, na wystawie wisi cena 15 euro, pani w sklepie żąda 40 euro. Pokazujemy cenę, pani przeprasza, twierdzi że się pomyliła. Jemy sławne zwycięskie lody, podziwiamy ich smak i cenę. Krótkie spojrzenie do studni (w środku monety i śmieci) i wracamy na parking. Ulice są już zatłoczone. Po ulicach i po parkingu krążą samochody polujące na wolne miejsce, do mojego od razu startuje dwóch Włochów. Policjantka kieruje ruchem na ulicy, pogania mnie gdy próbuję nastawić nawigację. Ruszamy w drogę.



#20 jarekdwa

jarekdwa

    Nowy

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 37 postów

Napisano 03 wrzesień 2016 - 10:04

Późnym popołudniem zatrzymujemy się przed bramą kempingu Bella Italia. Chłopak od razu informuje: mają komplet. Jedziemy pod kemping Lido – też komplet. Więcej nie jeździmy. Wyciągam listę kempingów i zaczynam dzwonić. Piąty strzał okazuje się celny, tak mają trzy wolne miejsca, zapraszają.

Za kilka minut jesteśmy przed wjazdem na kemping Gasparina nad jeziorem Garda. Krótkie formalności, oblatujemy te trzy wolne parcele i wybieramy najbardziej ocienioną. Nasza parcela jest usytuowana równolegle do alejki, ustawiam pojazd, manewruję. Pytam po angielsku siedzącego przy namiocie mężczyznę, gdzie są granice parceli. Mężczyzna odpowiada w jakimś dziwnym języku, którego kompletnie nie rozumiem ani nawet nie rozpoznaję. Patrzę na jego rejestrację i obaj śmiejemy się że do Czecha wystartowałem z angielskim. 

Po ogarnięciu idziemy do baru coś zjeść. Siadamy za stolikiem, jest czysto, schludnie i ładnie. Cieszymy się że jedzenie jest też zwykłe, nie tylko włoskie. Dzieci chcą pizzę, chyba się uzależniły.

 Kemping Gasparina jest typowym „village”. Ma trzy gwiazdki, ale w sumie nie wiadomo dlaczego tak mało. Ma różne bary i kawiarnie, dwa kompleksy łazienkowe, domki do wynajęcia, bardzo fajny kompleks podświetlanych basenów - i dla dzieci i dla tych co chcą popływać, są prowadzone tu różne aerobiki i animacje dla dzieci i dorosłych. Na animacje w tym roku nie chodzimy bo nam się nie chce. Przy umywalkach są dwa oddzielne krany: jeden z ciepłą, a drugi z zimną wodą. Kemping ma plac zabaw i wyjście nad jezioro . Tutaj sobie spacerujemy, karmimy łabędzie, podziwiamy widoki.

Na kempingu zdecydowana przewaga holenderskich rejestracji, są też niemieckie, widzimy kampera z Litwy i z Polski. 

Obok nas dużo wyluzowanej młodzieży męskiej z Niemiec. Jedna grupka nie ma nawet namiotu i śpi pod rozwieszoną plandeką.

Gasparinę od razu nazywamy psim kempingiem.  Jest dużo właścicieli psów. Obok nas para miłośników tych zwierząt przyjechała z Niemiec z trzema wielkimi psami. Właściciele rano wyjeżdżają samochodem z kempingu, wracają wieczorem. Psy cały dzień pozostają uwiązane przy przyczepie kempingowej, starają się chować w cieniu.

Rano wstajemy niespiesznie, śniadanie, spacer nad jeziorem. Idziemy nad baseny, tutaj spędzamy większość dnia, z przerwą na jedzenie (nieśmiertelna pizza na „takie away”).

Na Gasparinie spotkało nas nieprzyjemne zdarzenie. Otóż ukradziono nam patelnię. Patelnia była mała, poręczna, łatwa do mycia, nic się w niej nie przypalało. Cóż, ktoś docenił jej walory. Leżała sobie przy samochodzie wraz z innymi umytymi naczyniami. Po naszym powrocie stwierdziliśmy jej brak. Jestem bardziej zdziwiony niż zły, taka sytuacja że coś zginęło  nigdy, na żadnym kempingu się wcześniej nie zdarzyła, a z chowaniem rzeczy u nas było różnie.

Rano po opłaceniu kempingu (111,20 euro) ruszamy w drogę.  



#21 jarekdwa

jarekdwa

    Nowy

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 37 postów

Napisano 03 wrzesień 2016 - 14:37

Droga jest wyjątkowo krótka, trwa jeden kilometr. Wysiadamy na parkingu i jesteśmy przy kasach w Gardalandii. Tutaj okazuję kartę, od razu jesteśmy kierowani do zamku, do biura. Tutaj płacimy za bilety (112 euro). Pan pyta o rodzaje niepełnosprawności - fizyczna. Otrzymujemy mapkę. Na mapce w pionie są zaznaczone i opisane wszystkie atrakcje, w poziomie  rysunkami są oznaczone rodzaje niepełnosprawności fizycznej (osoba w wózku inwalidzkim, osoba w wózku inwalidzkim może wstać, niesprawne ręce, niesprawne nogi, chory kręgosłup itd.), a niżej buźki zielone bądź czerwone oznaczające, która atrakcja jest dostępna dla danego schorzenia, a która nie. Podoba mi się taka organizacja. Otrzymujemy też dla całej rodziny cztery karty na podstawie których omijamy kolejki do każdej z atrakcji. Przez kolejne sześć godzin systematycznie i mozolnie zaliczamy każdą z atrakcji dla nas dostępnych. Dzieciom się bardzo podoba, nam w sumie też. Karty bardzo się przydają, kolejki oznaczają stanie w upale nawet godzinę. Sposoby ominięcia kolejki są różne: albo idziemy od razu do wyjścia i tu pokazujemy obsłudze karty, albo jest alternatywna kolejka. Takie przyspieszenie można sobie dokupić. Jest to jedyna droga, żeby w wakacje skorzystać z tego parku i nie zamęczyć siebie i dzieci. W końcu idziemy coś zjeść, obserwujemy że jest sporo osób dorosłych bez dzieci; bez dzieci mnie nikt by tu nie zaciągnął. W końcu nawet dzieci mają dość, opuszczamy park. Idziemy na parking, a tu zaskoczenie, prawdziwe morze samochodów. Przez następne czterdzieści minut oblatuję chyba wszystkie okoliczne parking w poszukiwaniu pojazdu, takich poszukiwaczy jest więcej, parkingi wyglądają tak samo. Jednego z poszukiwaczy Włoch obwozi skuterem, nie wiem czy usługa jest płatna, czy grzecznościowa. Na szczęście nasz samochód jest wysoki co ułatwia poszukiwania.  Wsiadamy, ruszamy w drogę. Krótka drzemka kierowcy na parkingu za Wiedniem i w dniu 19 sierpnia przed południem jesteśmy w domu.

Podsumowanie i wnioski

W trakcie naszej sierpniowej wędrówki po Italii przejechaliśmy wiele kilometrów. Odwiedziliśmy dziewięć kempingów, na wszystkich czuliśmy się bardzo dobrze. Wzięliśmy za mało jedzenia z Polski, szybko się skończyło, włoskie wiadomo dobre, ale co własne smaki to własne smaki. Paliwo trzeba liczyć około 7 zł (ten kurs euro). Dobrze utrwaliłem sobie znaczenie dwóch słów: entrata i uscita. Musimy kupić nową patelnię.

Pozdrawiam wszystkich, którzy dotrwali.

Arrivederci. :)



#22 Magda Pawłowicz

Magda Pawłowicz

    Miłośnik karawaningu

  • Użytkownicy
  • PipPipPipPipPip
  • 315 postów
  • SkądLwówek Śląski
  • Sprzęt:Przyczepa
  • Model:Przyczepa namiotowa

Napisano 27 październik 2016 - 17:26

Jarek - bardzo ciekawa relacja sporo informacji. Szkoda, że zero zdjęć, ale będąc we Włoszech wiele razy mogłam sobie wszystko fajnie wyobrazić, tym bardziej, że w kilku miejscach opisywanych przez Ciebie byliśmy również (camping Mediterraneo, Aqualandia, San Giminiano... Macie już plany na przyszły sezon? Pozdrawiam.


Zapraszam na naszego bloga: http://www.campingowo.com.pl/


#23 jarekdwa

jarekdwa

    Nowy

  • Użytkownicy
  • PipPip
  • 37 postów

Napisano 28 październik 2016 - 18:18

Jarek - bardzo ciekawa relacja sporo informacji. Szkoda, że zero zdjęć, ale będąc we Włoszech wiele razy mogłam sobie wszystko fajnie wyobrazić, tym bardziej, że w kilku miejscach opisywanych przez Ciebie byliśmy również (camping Mediterraneo, Aqualandia, San Giminiano... Macie już plany na przyszły sezon? Pozdrawiam.

No cóż, postawiłem na słowo pisane. Jakieś ogólne plany są, marzy się płw. Iberyjski (można powiedzieć, że śladami Ir & Ed  :] ) ale jak będzie z realizacją - życie pokaże. Pozdrawiam 






Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych