Skocz do zawartości

Wyszukaj

Wyświetlanie wyników dla tagów 'macedonia' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj za pomocą nazwy autora

Typ zawartości


Forum

  • Caravaning
    • Kącik ogólny
    • Kącik kupującego
    • Spotkania forumowiczów i inne imprezy
  • Podróże
    • Polska
    • Europa
    • Pozostałe kraje
    • Katalog kempingów
  • Technika
    • Podwozie i układ jezdny
    • Ściany, okna i zabudowa meblowa
    • Elektryka i elektronika
    • Instalacje sanitarne i lodówki
    • Przedsionki i outdoor
    • Motoryzacja
    • Inne
  • Karawaning.pl
    • Zloty Karawaning.pl
    • Sympatycy marek
  • Inne
    • HydePark
    • Oferty firm
    • Blogi
    • Ogłoszenia
    • Forum in English/Deutsch/pa Russki

Kalendarze

  • Kalendarz imprez

Znaleziono 4 wyniki

  1. Witam, jedziemy kamperem na Chalkidiki perzez Czechy, Węgry, Serbię oraz Macedionię. Mamy 10 dni na dojazd. Szukamy fajnych miejsc po drodze. Chcielibyśmy zatrzymywać się na noc w miarę blisko głównej trasy (aby nie zbaczać za daleko), ale w miłych miejscach. Czy moglibyście podzielić się z nami sprawdzonymi miejscami. Pozdrawiamy podróżników!
  2. Cześć, wybieram się w sierpniu z przyczepą N132T do północnej Grecji. Będziemy jechać przez Węgry, Serbię, Macedonię, a wracać być może przez Albanię, Czarnogórę i Chorwację. W związku z tym zacząłem poszukiwania nawigacji, ale nie wiem, którą wybrać. Pierwszy mój typ to TOMTOM Start 25 Europa 45 Lifitime Map Update za 499 zł. Zmartwiło mnie jednak, że pokrycie map dla Chorwacji jest tylko częściowe, a dla Albanii, Bośni i Hercegowiny, Czarnogóry, Macedonii i Serbii są tylko główne drogi. Czyli w sumie to wybór kiepski. Drugi mój faworyt to Garmin Nüvi 44LM za 449 zł. Ale tutaj nie mogę znaleźć informacji nt. stopnia pokrycia map dla interesujących mnie krajów. Trzecia nawigacja to Navitel E500 za 299 zł. Problem jest tylko taki, że producent podaje pokrycie map w kilometrach, a nie w procentach: Albania - 19 523 km Bośnia i Hercegowina - 133 621 km Chorwacja - 76 072 km Czarnogóra - 7 034 km Macedonia - 18 813 km Serbia - 54 403 km No i teraz pytanie, czy powyższa liczba km tras w nawigacji to dużo, czy mało? A może polecicie coś innego w budżecie, który jak widzicie wynosi do 500 zł ?
  3. Witajcie Wybieramy się na bałkany camperem (vw t5) i poszukujemy osób z własnym środkiem transportu do towarzyszenia w podróży (na całą albo na jakieś fragmenty). Wyjazd niskobudżetowy, spanie w camperze na dziko i na kempingach, trochę słoików z Polski Termin wyjazdzu: 21 lipca - 15 sierpnia Trasa przybliżona: Warszawa - Słowacja (przejazdem) - Węgry (przejazdem) - Rumunia! - Serbia - Macedonia - Albania! - Czarnogóra! - Bośnia i Hercegowina - Chorwacja (jak starczy czasu) - Węgry (przejazdem) - Słowacja (przejazdem) - Warszawa. Oczywiście modyfikacje trasy i ilości dni w każdym państwie w zależności od sytuacji i zachwytów nad poszczególnymi miejscami. Generalnie chcemy mocno zwiedzić Rumunię i dobić do morza. Pozdrowienia, Kasia (25l.) i Darek (25l.)
  4. Bałkany 2013 Termin: 8-28.07.2013 Skład: 4 osoby dorosłe, 1 dziecko 7 lat Zestaw: Seat Alhambra 1,9 TDI, 130KM; przyczepa TEC Travel King 490, 1300 kg DMC, panel solarny 130W, akumulator 150Ah. Zaplanowana trasa: Polska, Słowacja (tranzyt), Węgry, Serbia (tranzyt), Macedonia, Albania, Czarnogóra, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia (tranzyt), Austria (tranzyt), Czechy (tranzyt), Polska. Miejsca noclegu zaplanowane, ale oprócz Węgier zupełnie elastycznie. Planujemy jeść głównie jedzenie przygotowywane w przyczepie z produktów zabranych z Polski z dodatkiem warzyw i owoców miejscowych. Zamierzamy czasami spróbować lokalnej kuchni. Plan pobytu: Odwiedzić przyjaciół Węgrów w Budapeszcie i Szeged. Zobaczyć Skopje, spędzić kilka dni nad jeziorem Ochrydzkim Zobaczyć Albanię i spędzić kilka dni nad jeziorem Szkoderskim Kilka dni w Czarnogórze – Wielka Plaża w Ulcinij, Boka Kotorska Kilkanaście dni Chorwację – Dubrownik, Adriatyk W międzyczasie odwiedzić Medjugorje w Bośni i Hercegowinie Polecam przewodniki Pascala, ale takie grube, bez ilustracji, a w zamian za to, z mnóstwem informacji. Oczywiście oprócz nawigacji trzeba zabrać dobre, dokładne mapy. 8.07.2014. Wyjazd W drogę. Wyjazd z domu (okolice Warszawy) ok. 16:30. Cel – nasi przyjaciele Węgrzy w Budapeszcie. W 2008 roku w dwa tygodnie zjechaliśmy całe Węgry, tak więc teraz tylko małe wspomnienia. Trasa: Częstochowa, Żywiec, Żylina, Martin, Bańska, Zwoleń, Sahy, Budapeszt. Przed północą i przed granicą w Zwardoniu - tankowanie i winieta SK, a następnie wjazd do Słowacji. Do Budapesztu 300 km. Gdzieś koło Martina, postój noclegowy na dużym parkingu. 9.07.2014. Budapeszt O świcie w drogę, po przekroczeniu granicy węgierskiej zakup elektronicznej winiety. Stan dróg na Węgrzech, dobry lub bardzo dobry. Na miejscu jesteśmy ok. 13:30. Nasi przyjaciele, jak zwykle, ugościli nas pysznymi madziarskimi specjałami. Na 15:00 umówieni jesteśmy na zwiedzanie siedziby parlamentu. Plac przed budynkiem w dużym remoncie, ale wewnątrz przepięknie. Potem łazikujemy do zmroku po starej Budzie. Nocleg. Część z nas nocuje w mieszkaniu (co by gospodarzy nie obrazić), część w przyczepie. Zestaw bez rozłączania stoi wśród bloków, na osiedlowym parkingu, zajmując dwa miejsca. 10.07.2013. Szeged Rano pobudka, śniadanko węgierskie i w drogę do Szeged, 180 km. Tam mieszkają rodzice naszych przyjaciół, czyli też nasi przyjaciele. W dzień zwiedzamy Szeged – nie wiem, czy nie bardziej urokliwe niż Budapeszt. Zatrzymujemy się w starym domu gospodarzy, który mamy do dyspozycji. Tam też nocujemy. Zestaw stoi na małej uliczce. Ale wcześniej prawdziwa uczta węgierskich smaków. 11.07.2013 Serbia Rano śniadanko, żegnamy się, tankujemy i przez granicę do Serbii. Serbię mamy tylko przejechać wzdłuż, aby dojechać do Macedonii, do Skopje. Odległość 660km, a więc sporo. Wjeżdżamy na pierwsze przejście graniczne, jak za dawnych lat – szlabany, budki, celnicy, żołnierze, paszporty, etc. Zupełnie zapomnieliśmy jak to kiedyś u nas dawniej bywało. I tu pierwsza przygoda. Wysiadam z samochodu z kompletem dokumentów. Słońce pali, 40 stopni. Przede mną stoi pogranicznik w czarnym uniformie z kałachem na plecach. Wzrost ok. 2 metrów, słuszna postura, dłoń – jak moje trzy. Przegląda leniwie dokumenty i pyta dokąd i po co jedziemy. No więc mówię, że na wypoczynek, zwiedzić całe Bałkany. Mówię, że do Macedonii, potem do Albanii… i w tym momencie zdaję sobie sprawę, że Serbowie i Albańczycy chyba niezbyt się kochają. Zerkam delikatnie na Serba, a on marszczy czoło (myślę sobie – zaraz będzie fajnie…) i pyta: A po kiego czorta do Albanii, tam nic nie ma! I zaśmiał się rubasznie, poklepał mnie delikatnie po plecach, aż poczułem gdzie mam płuca, oddał dokumenty i zasalutował. Podziękowałem i szybciutko wsiadłszy do samochodu odjeżdżamy. W Serbii opłaty drogowe są na bramkach na drogach. Można płacić kartą. Jedziemy z północy na południe, drogą E-75, mijając Novi Sad, Belgrad, Nisz, Preszewo. Stan dróg dobry, tylko miejscami trochę są zniszczone. Zatrzymujemy się przed granicą Macedońską, aby coś zjeść i zatankować. Wjeżdżamy do Macedonii (granica, paszporty) i kierujemy się na Skopje. Opłaty drogowe i stan drogi jak w Serbii. Mamy polecone miejsce na nocleg na przedmieściach Skopje, na parkingu hotelu Best Western Hotel Bellevue (41.996626, 21.552147‎; 41°59'47.9"N 21°33'07.7"E). Skręcamy na parking hotelowy, ok. 1:00 w nocy, piękne, zadbane miejsce. Idziemy do przyczepy, kładziemy się spać. Już usnęliśmy, a tu pojawia się ochroniarz i każe nam zmiatać. Mówi, ze obok jest camping. Jedziemy (w piżamkach) na pobliski duży parking przy stacji benzynowej 600 m dalej po drugiej stronie A2 (41.994393, 21.543667‎; 41°59'39.8"N 21°32'37.2"E), pytamy czy można przenocować i bez problemu kończymy tu noc. 12.07.2014. Skopje Od rana zwiedzamy Skopje. Wjeżdżamy zestawem w środek miasta, parkujemy przy jakimś stadionie i łazimy po mieście. Wrażenia są mieszane. Z jednej strony nowe, monumentalne pomniki, budowle, fontanny. Wszystko co związane z dumą Macedonii, czyli Aleksandrem Macedońskim. Z drugiej strony bieda i takie wrażenie minionej świetności, jakbyśmy przenieśli się do lat 70-tych w Polsce. Z kolejnej strony, stara część miasta z krętymi wąskimi uliczkami, wyłożonymi kamiennymi płytami i kamieniczkami wszelakiej maści, a w nich, a to sklepiki, a to coś do zjedzenia, a to jakiś kościółek prawosławny, a to meczecik, a to kamienny mostek. Bardzo urokliwie. Jemy coś na ulicy, bardzo dobre i jeszcze bardziej tanie. Kolejną atrakcją, którą w Skopje się chwalą, to dom Matki Teresy z Kalkuty. Jak wiadomo m. Teresa była Albanką urodzoną w Skopje właśnie. Zwiedzamy dom rodzinny, w którym teraz jest muzeum i kaplica. Późnym popołudniem wyjeżdżamy ze Skopje. Zamierzamy pojechać nad jezioro Mavrovo, jakieś 100 km, czyli niedaleko. Wiemy, że na zachodnim brzegu jeziora jest dziki kamping. Droga była coraz gorsza, ale jakoś dojechaliśmy (41.680096, 20.736527‎; 41°40'48.4"N 20°44'11.5"E). Na miejscu czyściutkie jeziorko, drzewa, trawa, kilkanaście przyczep, głownie Macedończyków, sklepik w namiocie, cisza, pustka. Kiedy już z trudem ustawiliśmy przyczepę, żeńska część ekipy stwierdziła, że… tu nie zostajemy. Zatopiony stary kościół w jeziorze (41.660052, 20.735470‎; 41°39'36.2"N 20°44'07.7"E) No więc pojechaliśmy dalej, objeżdżając jeziorko dookoła, do następnego punktu podróży, czyli jezioro Ochrydzkie. Niby niedaleko, 130 km, ale jest g. 18:00, a droga słaba, czasami pytamy o drogę, bo nawigacja nie wszędzie sięga. W końcu wydostajemy się z nad Mavrova i jedziemy do Ochrydy. W Ochrydzie jesteśmy ok 23:00, a kampingi są (wiemy, że są dwa) kilkanaście km dalej na południe od miasta. Jedziemy i ok. północy dojeżdżamy do kempingu o nazwie Eleshec (41.038335, 20.805591‎; 41°02'18.0"N 20°48'20.1"E) przy drodze do Elshani. Na kempingu życie wre pełną parą. To nasz pierwszy kemping w tej podróży. Sprawdzamy warunki, pytamy o miejsce i ceny. Warunki takie sobie, ubikacje narciarskie, ale ujdą. Ciepła woda miała być (w następnych dniach nie udało nam się jej uświadczyć). Cena, po krótkich targach, 8 EUR za dobę za cały skład – tak tanio już nigdzie nie będzie. Obsługują mili, młodzi ludzie. Wjeżdżamy, nie szukamy następnego (następny jest 5 km dalej). Idziemy spać. 13.07.2014 Ochrid Rano wstajemy, piękna pogoda. Kemping jest przy jezdni, a po drugiej stronie jezdni - jezioro. Wąska, żwirkowa plaża, jeśli można tak ją nazwać, ale z parasolami, starymi drzewami, jest trochę ludzi, ale cisza i spokój. A woda w jeziorze – cieplutka, krystaliczna, o błękitnym odcieniu, jak w Adriatyku. Super. Do wieczora uprawiamy lenistwo z drobnymi przerwami na jedzenie. Kemping jest trochę dziwny. Jest jakby – stacjonarny, tj. są przyczepy, ale dość stare i jak przyjechały tu 20-30 lat temu tak stoją od tamtej pory. Są obudowane daszkami, altankami, płotkami, żywopłotami. Zupełnie straciły mobilność. Generalnie przyczepy stacjonarne. Wieczorem wyruszamy do Ochrydy. Spore miasteczko o wczasowym, wypoczynkowym charakterze, choć lata świetności, chyba za czasów Jugosławii, ma za sobą. Ogólne wrażenie lepsze niż Skopje. Łazimy starymi uliczkami po kamiennych, wyślizganych płytach. Na jednym z placów, czy na rynku właśnie zaczyna się międzynarodowy festiwal folklorystyczny. Jednym z uczestników jest zespół z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego z Olsztyna. Miło spotkać swoich, tym bardziej, że byli najlepsi! 14.07.2013 Tego dnia zamierzamy dotrzeć na jezioro Szkoderskie, tylko 260 km, więc bułka z masłem. Jak później okazało się, bułka stanęła w gardle. Tymczasem wstajemy o świcie, opuszczamy Elshani, i ponieważ to niedziela, znajdujemy w Ochrydzie katolicki, mały kościół (41°06'40.7"N 20°48'18.5"E; 41.111304, 20.805147) przy ulicy Partizanskiej i idziemy na mszę. Spotykamy polskich żołnierzy (ONZ), którzy stacjonują przy kościele, oraz polkę, która mieszka w Ochrydzie od 40 lat. Przed odjazdem, przy parkingu w mieście, w dość mało okazałej restauracyjce postanawiamy zjeść obiad. Niby nic niezwykłego, ale warto wspomnieć. Restauracyjka wydawała się dość obskurna, na zewnątrz siedzi kilku Macedończyków i popijają piwo. Jak to w tych stronach – chłopy na piwo, baby w domu. Moja żona weszła do środka na rekonesans, ale jak to ona, wejdzie wszędzie, a weszła do kuchni. Generalnie wewnątrz konsternacja, bo nie dość, że kobitek nie ma w restauracji, to ona jeszcze w kuchni. Wyskoczył właściciel, z wyglądu typowy, wielki Turek (jak z filmu: Jak rozpętałem II wojnę…) i pyta czego byśmy sobie zażyczyli. No to my, może jakieś ryby, bo tu jezioro… A on przynosi w misie, świeżutkie ryby i mówi: wybierajcie! Wybraliśmy po wielkim pstrągu i tutejsze zupki. Zanim to wszystko przygotował przyniósł na przystawki jakieś smakowite sery, oliwki, oliwę, chlebuś…, potem te pieczone pstrągi z surówkami… Dość, że jak kończyliśmy, to prawie umieraliśmy. I to wszystko za tak śmieszne pieniądze, że nawet nie pamiętam jakie. Aha „lokal” nazywał się „International Restaurant Europe” (41°06'42.0"N 20°48'17.4"E; 41.111675, 20.804845) Tym sposobem zrobiła się godzina 14:00, ale spokojnie, mamy tylko 260 km. Ruszamy, ok 75 km jeszcze w Macedonii przez Debar, potem granica, paszporty, bez niespodzianek i jesteśmy w Albanii. Jak tu będzie, tyle mitów, stereotypów, jak jest naprawdę? Wybraliśmy drogę z Ochrydy przez Debar, Burrel, Lezhe. Od granicy na wschodzie mamy przejechać do wybrzeża na zachodzie. Prosta droga przez góry, 120 km. No i zaczęło się. Droga, czyli nawierzchnia w zasadzie dobra. Ale góry. Takie góry z wąwozami, przełęczami, serpentynami, tunelikami, mostami, przesmykami itd., żadnych barierek. Widoki piękne, ale droga wyczerpująca. Prędkość maksymalna – 30 km/h. Chyba powinniśmy wybrać inną drogę, przez Elbasan i Tiranę… Do wybrzeża dotarliśmy ok. 22:00, a przed nami jeszcze ok. 60 km. Jedziemy przez Shkoder nocą, miasto żyje, ludzie chodzą, jeżdżą, robią zakupy. Kemping mamy upatrzony, na północ od Shkodry, nad jeziorem w miejscowości Grile, a nazywa się Lake Shkodra Resort (42.138077, 19.466357‎; 42°08'18"N, 19°27'56"E, www.lakeshkodraresort.com). Dobrze oznakowany zjazd z głównej trasy. Wjeżdżamy na kemping dobrze po północy, ale żadnych problemów, właściciel mówi, żebyśmy stanęli gdziekolwiek, rano przestawimy się i załatwimy formalności. Stajemy, wydawało się nam, na skoszonym boisku, i śpimy wyczerpani po górskich eskapadach. 15-17.07.2013 Rano wstajemy i jest cudownie. Kemping wielki jak Stadion Narodowy, ogrodzony, z ochroną. Sanitariaty – nowe, czyściutkie i pachnące. Cena 22 EUR za dobę za załogę. Zestawów na terenie ok. 10 szt. Przemieszczamy się na wolne miejsca pod zadaszeniem wykonanym z trzciny. Jest cień i przewiew. Do jeziora trzeba przejść na koniec kempingu, ok. 40 m, przejść przez furtkę, potem jeszcze 5 m i do wody. Na końcu kempingu są drewniane leżaki z parasolami, ok. 12 szt. w tym ze 2-4 zajęte. Obok na terenie jest restauracyjka (obiad, w właściwie uczta z kilku dań z karafką wina – 34 EUR za 5 osó . Rewelacyjne miejsce dla tych co lubią ciszę, spokój, lenistwo, wodę… Jest tak dobrze, że zostajemy na 3 noce. Polecam to miejsce. 18.07.2013 Będziemy jechać do Czarnogóry, na jakiś kemping na Wielkiej Plaży na południe od Ulcinija. To tylko 60 km, ale już z pokorą podchodzę do odległości na Bałkanach. Przejeżdżamy przez Szkoder, tym razem za dnia. Takie dziwne miasto. Jeżdżą samochody, rowery, skutery, chodzą ludzie, i jakby nie było żadnych zasad ruchu. Najciekawsze doświadczenie chyba opiszę. Jest szeroka, główna jezdnia, po 2 pasy ruchu w każdą stronę, na środku podwójna ciągła. Po obu stronach chodniki, sklepiki, kawiarnie etc., na obu prawych pasach zaparkowane samochody. Samochody jadą lewymi pasami, ruch jest spory. Jedzie Albańczyk lewym pasem, musi w tym miejscu iść na piwo, nie ma gdzie zaparkować, to zatrzymuje się na lewym pasie i idzie na piwo. Ci co jadą musza sobie poradzić. Np. przejechać zestawem po ciągłej na przeciwny pas w wyprzedzić tego, co na piwie. Inne spostrzeżenie z Albanii – tam chyba jest najwięcej myjni samochodowych na świecie. Co kilka kilometrów przy drodze jest jakiś plac z dachem na palach, kilku chłopaków z wężem z wodą i jest myjnia. W Albanii samochody to chyba same 25-35-letnie mercedesy W123, W124, czy 190-tki w idealnym stanie. I umyte. No nic, jedziemy do Czarnogóry. Granica, paszporty, zakup owoców i warzyw przy drodze i docieramy do Ulcinija. Tu już widać, że miejsce turystyczne. Szukamy kempingu. Trafiamy do Tropicany, ale sanitariaty poniżej akceptowalnego poziomu. Obok jest Safari (41.904389,19.265258; 41°54'15.8"N 19°15'54.9"E). Bez rewelacji, ale da się znieść. Typowy kamping, z masą ludzi, przyczep, domków kempingowych, leżaków i parasoli na plaży za pieniądze. Skusiła nas tu zapowiedź piaszczystej plaży. I piach jest, ale jakiś taki ciemny, brudzący. Woda zielonkawa, a nie niebieska. Gdyby w Bałtyku była taka temperatura, byłoby 10 razy lepiej. Zatrzymujemy się w „polskim kąciku” – naszych tu sporo. Na kempingu okazało się, że podczas drogi, gdzieś w czarnogórskim tunelu, wykutym kilofami, musiałem zawadzić przyczepą o skały, ale na tyle delikatnie, ze nie poczułem i co ważniejsze nie rozwaliłem przyczepy. Efekt – zmiażdżona listwa do wciągania przedsionka i co gorsze, popękane duże okno dachowe. Okno zakleiłem taśmą zbrojoną, a przedsionek został w lukach. Kąpiemy się, wylegujemy, ale jutro jedziemy dalej. 19.07.2013 Rano zakupy spożywcze i w drogę. Po drodze, koło Baru, zatrzymujemy się zobaczyć najstarsze drzewo oliwne (42.080211, 19.129394‎; 42°04'48.8"N 19°07'45.8"E). Wg wstępnych planów mieliśmy zatrzymać się gdzieś w Boce Kotorskiej, ale jedziemy dalej. Kolejny punkt wcześniej upatrzony to kemping w Slano, pomyślany jako baza na wypad do Dubrownika i do Medjugorje. Z plaży pod Ulcinijem prawie 200 km jadranką. Cała Boka Kotorska jest przepiękna. Wysokie strome góry schodzące wprost w morze. Jedno wzgórze wyłania się zza poprzedniego, błękit nieba i lazur wody. Szkoda, że nie możemy tu zostać. Po drodze zatrzymaliśmy się za Dubrownikiem przy Orasacu przy kempingu Pod Maslinom (42.699461, 18.006021‎; 42°41'58.1"N 18°00'21.7"E). Nie zostaliśmy tam. Kamping (30EUR) jest ok., ale wjazdy z drogi na kemping i parcele jest dość stromy, skarpa nad morzem. Parcele to takie tarasy. Niby fajnie, zadrzewione, oddzielone. Do morza strome zejście (lub zjazd samochodem) w dół jakieś 600m. Na dole kamienie, beton, barek. Pewnie gdyby było późno i nie mielibyśmy nic w zanadrzu zostalibyśmy, ale jedziemy dalej. Dojeżdżamy to Slano, ale jak trafić na kemping? Niby powinien być 30 m od nas, ale okazuje się, że jesteśmy na Jadrance 30 m wyżej ponad morzem i kempingiem. Nic to, zjeżdżamy z trasy i szukamy. Są 3 lub 4 kempingi, ale malutkie i pełne. Jedziemy do naszego – kemping Bania(42.774428, 17.883966‎; 42°46'27.9"N 17°53'02.3"E). Droga trochę trudna. Szeroka na szerokość przyczepy, prawym skrajem prawie ocieram murki lub krzaki a lewa strona jezdni urywa się od razu w morze, tak ok. 1 m w dół. Niby nie głęboko, ale tu zakręcik, tam mostek i spaść można. Jakieś 3-4 km, koniec dróżki i dojeżdżamy do kempingu. Gaj oliwkowy, trochę zarośnięty, sporo przyczep. Musimy przedzierać się pomiędzy drzewami na dalsze pozycje. Za kempingiem malutki, opuszczony kościółek. Kemping spokojny, czysty. Cena 27 EUR za dobę za zestaw. Będziemy tu 3 noce. Slano, to małe miasteczko nad sporą, jajowatą zatoczką, wbijającą się w ląd. Spokojne miejsce, czyściutka błękitna woda, pływamy, albo leżymy na wielkich głazach. 20.07.2013. Tego dnia moczymy się. Strasznie gorąco. Dopiero po 16:00 słońce mniej daje się we znaki i jedziemy samochodem do Dubrownika. Dubrownik trzeba koniecznie zobaczyć. Wracamy nocą. 21.07.2013 Niedziela Dziś zamierzamy bez przyczepy pojechać do Medjugorje. To osobliwe miejsce i bardzo osobiste przeżycia. Trafiamy na polską mszę na 10:00. Spotykamy przyjaciół. Zabierają nas do Szerokiego Brzegu, do restauracji nad strumieniem, na ucztę. Na noc wracamy do Slano. 22.07.2013 Odjeżdżamy ze Slano i jedziemy dalej przed siebie, chcemy przemieścić się trochę wyżej Chorwacji. Nie mamy już upatrzonych kempingów, zobaczymy co dalej. Nie wjeżdżamy na autostradę, jedziemy nad wybrzeżem. Mijamy Split, zjeżdżamy z trasy w Kastelach, 200 km od Slano. W Statym Kastelu, nad samym morzem, w środku miasta, zatrzymujemy się w kampingu Bilus (43.551610, 16.349726‎; 43°33'05.8"N 16°20'59.0"E). 40 EUR. Na jedną noc, przejazdem, można zostać. Nic szczególnego. Morze obok – wydaje się zdatne do kąpieli, ale później łazimy nocą po miasteczku i okazuje się, że wielkimi rurami prosto do morza spuszczają ścieki. Miasteczko ładne, knajpki, muzyka, zabawa, dużo ludzi. 23-26.07.2013 Rano pakujemy się i jedziemy dalej. 10 km dalej jest Trogir. Parkujemy zestawem na wielkim parkingu i zwiedzamy miasteczko i dość duży targ z owocami, warzywami, oliwami itd. Trogir naprawdę warto zobaczyć. Po południu jedziemy dalej i szukamy kempingu. Trafiamy za Primosten do Kamp Adriatic (43.606919, 15.920302‎; 43°36'24.9"N 15°55'13.1"E). Ale uwaga, na wjeździe do Primosten też jest Camping Adriatic, mały, zapełniony. Tan nasz jest ok. 5 km na północ od Primosten. Wielki, zadbany, czysty, porządny i droższy – 65 EUR. Jako, że miał być ostatni, a wcześniej przyoszczędziliśmy, to zostajemy. Morze błękitne, skałki nad wodą, pod wodą, kolorowe rybki pływają między nogami. Po to właśnie warto jechać na Chorwację. Warunki – super – sklepik, jakieś rozrywki dla dzieci, prysznice nad morzem, parcele spore, zadrzewione, toalety, pralnie, zmywalnie i co tam jeszcze trzeba. Tu już siedzieliśmy do końca. Byliśmy 2 razy wieczorkami w Primosten. Warto. 27.07.2013 Rano pakowanie i odjazd do domu. Do pokonania 1360 km, najkrótsza drogą, przez Zagrzeb, Maribor, Wiedeń, Brno, Ostrawę. Z ciekawostek, to na Chorwackiej autostradzie, gdzieś za Zadarem jest kilkunastokilometrowy podjazd ciągle pod górę. Jadę już ok. 10 km, III bieg, 4 tys. obrotów, 40 stopni na zewnątrz, silnik zaczyna się mocno grzać i nie ma gdzie zjechać. Widzę, że nie przelewki, wszystko, łącznie z olejem gotuje się i przed jakimś tunelem było trochę więcej miejsca na poboczu, więc zatrzymałem się, i bez sensu zgasiłem silnik. Wiatrak chodził dalej, chłodził chłodnicę, aż rozładował akumulator i już nie można zapalić. I stoimy na autostradzie zestawem pod górę przed tunelem. Już mam dzwonić po assistance, aż tu zatrzymuje się kolega z Polski i pomaga. Jedziemy dalej. Gdzieś na dużym, austriackim parkingu nocujemy. 28.07.2013 Z powrotem w domu. Podsumowanie Bardzo udany, 3-tygodniowy wyjazd. Może wydawać mogłoby się, że cały czas spędziliśmy w drodze. Jednak naprawdę odpoczęliśmy, nie lubimy leżeć plackiem w jednym miejscu, wolimy coś zobaczyć. Fajnie jest zatrzymać się w miejscu, gdzie coś jest ciekawego lub po prostu jest pięknie, pobyć chwilę i pojechać dalej. A wrażenia niezapomniane. Na taki wyjazd chyba lepszy byłby kamper, ale cóż… z przyczepą tez można. Nie byliśmy we wszystkich zaplanowanych miejscach, a byliśmy w niezaplanowanych, ale to też zaplanowaliśmy. Ludzie na Bałkanach są mili i życzliwi, szczególnie w „nieturystycznych” miejscach. W tych turystycznych też są mili, ale zawodowo, bo mają, albo mogą mieć korzyść. W „dzikich” miejscach są mili bezinteresownie, albo z ciekawości. Wszystkie opisane miejsca można znaleźć w mapach google, czasami również w street view. Gdybyśmy mieli 5 razy więcej czasu i pieniędzy zobaczylibyśmy: - Serbię, - Jezioro Prespa, obok Ochrydzkiego, z okolicami, - trochę Grecji – Tessaloniki, wybrzeże przy Albanii, - wybrzeże Albanii od Grecji do Czarnogóry, - Podgoricę, Bokę Kotorską z okolicami, Wąwozy w Czarnogórze, - Mostar i Sarajewo, - Trochę więcej Chorwacji – Split, Szybenik, Jeziora Krka, Zadar, Plitvice, może jakieś wyspy. Koszty Cała wyprawa kosztowała 9687zł (co daje 97 zł dziennie za osobę), z czego: - 3150 paliwo, - 1930 kampingi, - 1900 wydatki „niekonieczne” – uczty w restauracyjkach, pamiątki, inne głupoty, - 1130 żywność (również zabrana z Polski), - 900 opłaty drogowe - 677 ubezpieczenia podróżne, zielone karty, gaz, karta CCI.
×